Roberto, nie jestem w świecie ścieżek leśnych. Nie należę do mountainbikerów, co ściągają swe maszyny z dachu samochodu na leśnym parkingu i znikają w krzakach. Dobrze znam realia drogi.
Zrozumieliśmy się. Wszak napisałem również o drogach publicznych. Ja jadę swoim pasem, ci z góry swoim. Jeśli mam się pocić tylko dlatego, że jakiś Anglik mógłby zapomnieć że jest w Europie kontynentalnej, to wolę ryzykować

.
Oczywiście, jest jeszcze problem łuków na serpentynach, a raczej wynoszenie zbyt szybkich na zewnętrzną i zwyczaj ścinania zakrętów. Ale to tylko punkty na trasie, a na cichym rowerze auta i motory, a nawet szum rowerów słychać z daleka. Sformułowanie "najechanie [...] wysoce prawdopodobne" jest zatem mocno naciągane.
Co do nosków, sprawa jasna. Lecz był czas, że po górach jeździło się właśnie w nich. SPD i inne zatrzaski to w polskiej turystyce rowerowej dość młody patent. Zasadą było blokowanie troczków tak, by but wysuwał się jak noga z kapci. Niektórzy jeździli też bez troczków, ale to niezbyt pewnie trzymało but na platformie. Kłopot pojawiał się wtedy, gdy noga skręciła się w bok. Mnie udało się wtedy uwolnić tylko jedną nogę.