Przeczytałem wątek i muszę dorzucić swoje trzy grosze.
Kask rowerowy zbłądził pod strzechy na tyle dawno, że stał się standardem bezpieczeństwa. Szczególnie w turystyce górskiej. Można kasku nie mieć na głowie, jeśli sytuacja na to pozwala. Na przykład na męczących podjazdach w upalny dzień lub leniwych odcinkach na mało ruchliwych drogach. Ale nie można go nie mieć w wyposażeniu. Nigdy nie wiadomo, kiedy uratuje nam życie lub przynajmniej uchroni od mało twarzowej blizny na czole. Rozbiłem już kilka kasków i dwie koleżanki i mam co do tego pewność

.
A co do reszty wyposażenia... Piszecie tu głównie o sakwiarstwie. A wyprawa wyprawie nierówna. Czym innym jest jazda na ciężko, z sakwami lub przyczepką, a czym innym dynamiczny przelot po bezdrożach. Jeśli w obu wypadkach programowo wykluczamy korzystanie z lokalnej bazy noclegowej, a w tym drugim wypadku musimy spakować się do małego, anatomicznego plecaka poniżej 30 l, to okazuje się, że można łączyć funkcje wyposażenia. Śpiwór w wąskim worku, przymocowany do sztycy i prętów siodełka, jest też chlapaczem i nie zabiera miejsca w plecaku. Jedyna bawełniana koszulka jest także ręcznikiem, a kierownica suszarką. Lekkie poncho staje się nocą tropikiem nad płachtą biwakową a rower stelażem do niego. Solidny nóż, wspomagany kamieniem, sprawdza się jako klin do drewna. Tu jest spore pole do wykazania się minimalistyczną inwencją.
Pisano wyżej o odzieży polarowej. Praktyczniejsze są kurtki z dodatkową membraną, np. z ex-windu, windblocka czy windstoppera. To samo dotyczy rękawiczek na deszcz i zimno. A skoro już o rękawiczkach mowa. Co złego jest w wypalaniu sobie rękawiczkowych wzorków na rękach? To element rowerowego designu

. Podobnie jak ciemniejsza strefa opalenizny na udzie i łydce, między skarpetką a spodenkami (których warto mieć dwie pary). Rękawiczki kolarskie nie tylko poprawiają chwyt i wchłaniają pot. One również drą się zamiast skóry rąk podczas nieplanowanego kontaktu z podłożem. A to, nawet na łatwej drodze i przy rekreacyjnej jeździe, może nam zapewnić np. kierowca bez wyobraźni.
Warto pamiętać też o nogach. Dlatego dobrze zabrać ochraniacze z neoprenu lub membranowego polara. Nie uchronią nóg przed przemoczeniem, ale uchronią przed zimnem.
Zmorą wyprawy jest długotrwały, zimny i intensywny deszcz. Podczas jazdy wymagającej ostrej pracy mięśni można napierać nawet w mokrych ciuchach, ale na zjeździe i postoju nie ma potem lekko. A żadna aktywna odzież membranowa nie poradzi sobie z odprowadzaniem potu przy dużym wysiłku i wilgotności powietrza. Rewelacyjnym rozwiązaniem okazuje się poncho. Długie, turystyczne, jest praktyczne na postoju, ale podczas jazdy lepiej mieć rowerowe. Niezależnie od tego warto zabrać mały, składany parasol. Przydaje się zadziwiająco często.
Piszecie o siekierce w wyposażeniu. Też kiedyś woziłem mały toporek kuchenny. Sprawdził się nawet jako sprzęt kowalski przy naprawie przerzutki drutem z siatki ogrodzeniowej. Teraz byłby to najmniejszy z turystycznych Fiskarsów. Ale w zasadzie na małe, gospodarcze ognisko pod menażką wystarczy chrust, który łamie się rękami. A do cięcia grubszych gałęzi nada się dobra, składana piłka ogrodowa. Jest przy tym lżejsza i bardziej pakowna.
I jeszcze światło. Przepisy mówią, że to rower ma być w nie wyposażony i stanowią limit wysokości zamocowania. W terenie i na biwaku lepsza jest jednak wspomniana już czołówka. Lampka rowerowa okazuje się wtedy zbędna. Sporo jeżdżę nocą i mam ją zwykle na kasku. Na szosie jednak, by nie prowokować policji, zapinam ją opaską na przedramieniu.
Warto zakupić czołówkę diodową lub przynajmniej diodowy zamiennik żarówki. Nowoczesne diody LED mają dużą siłę światła, porównywalną z żarówkami, a zużywają znacznie mniej prądu. Komplet paluszków starcza na wiele dni.
Dobrze wspomóc oświetlenie elementami odblaskowymi, a w dzień jaskrawymi dodatkami, np. nieco poprawioną kamizelką bezpieczeństwa. Dla kierowcy, szczególnie w ruchu miejskim, jestesmy tylko kilkoma rurkami i kilkoma szmatkami nad nimi.