| Napisany przez Lila, z 30-07-2008 10:10 |
| Średnia ocena użytkownika |
(0 głos) |
|
|
|
Zdobyłam górę Ślężę. Pozwoliłam mi na to, chociaż przy Mnichu krótko upomniała się o pokorę i grzeczne poproszenie jej o pozwolenie - zrzuceniem mi łańcucha. To był mój "pierwszy raz" na tym rowerze. Upaprałam się strasznie ale dałam radę i ruszyłam. Najpierw rozbiegówka (akurat:))) naokoło, czyli od schroniska pod Wieżycą do Tąpadeł szlakiem niebieskim. Małe podjazdy i krótkie zjazdy. Ostatni zjazd po wypłukanych kamieniach był hardkorowy;-) Później... mała rundka na parkingu i żółtym szlakiem (pieszym!!!!!) wjazd na Ślężę... I tu żarty się skończyły. Na szczęście nie było przy tym kamerzysty, jak w połowie drogi pękłam i zsiadłam, żeby prowadzić... I nie zmęczyło mnie podjeżdżanie tylko ślizganie się na kamieniach każdym kołem z osobna i w zupełnie inną stronę. A że było stromo i rower przy maksymalnej uwadze stawał dęba to już inna sprawa:) W nocy nieźle lało, więc nie dość, że było błotko tam gdzie jeszcze zostało resztę ziemi, to tam gdzie jej nie było kamienie były mokre, ostre i śliskie... jak nasmarowane masełkiem;-))) Już nie wiedziałam, czy bardziej męczyło mnie "wciąganie" roweru pod górę czy pedałowanie... Jednak gdy tylko przez moment droga stawała się znośniejsza czyli w stopniu minimalnym mniej naszpikowana... wsiadałam i parłam do przodu odliczając każdy ruch. Wreszcie dotarłam do miejsca, gdzie Góra nagrodziła mnie spektaklem z parującej mgiełki i światła słonecznego między drzewami, z góry, naokoło. Do tego pajęczyny... jak niekończące się sznury drobniutkich perełek. Było cudownie, bajkowo. Podziwiałam (zapomniałam o zmęczeniu:) i swoim telefonikiem z radością uwieczniłam parę ciekawych momentów... I dalej w górę:) Wreszcie dotarłam. A w nagrodę na szczycie słonko i ciepło. Posiedziałam, poprzytulałam się do misia, zjadłam zapas kanapek z takim apetytem, jak ucztę smakołykową (bo były smaczne:) i... w dół. Oczywiście tą samą drogą, bo innej możliwości nie było. To, co było wyzwaniem dla siły i samozaparcia w górę, w dół okazało się testem odporności, wytrzymałości ze sporą dawką uwagi (kamikadze:))) Jest jeszcze zejście szlakiem przez Wieżycę... ale tam musiałabym rower... nieść:) A trzeba tu napomknąć o jednym drobiazgu... Zapomniałam kasku;-) Taaa... wszystko wzięłam, prócz kasku. I przy zjeździe starałam się o tym nie zapominać;-) Po kamieniach jechałam nie luzując prawie dłoni na manetkach i hamulce grzały się na maxa. Koła chodziły tak, jakby zamiast ramy łączyła je guma. Momentami ślizgałam się i trudno było mówić w ogóle o zjeżdżaniu. Gdy w miarę skończył się jeżozwierz urozmaicenie dawały poprzeczne betonowe rowki do odprowadzania wody. Gdy nie zauważyłam w porę łagodnego przejazdu wpadałam w niezłą dziurę:) Ale... ale...:) cala i zdrowa dotarłam do parkingu na Tąpadłach i stamtąd już z wiatrem we włosach po (niezbyt równym... żeby nie było) asfalcie pognałam jak strzała do Sobótki. To było piękne. Żadnych kamieni... żadnego pod górkę... Hahahahahha:))) No tak, ale szlak bojowy górki zdałam:) I ja tam byłam... A zdjęcia później:)
Poleć znajomemu ten artykuł...
Komentarze użytkowników (0)
|
|
|