leer
Erfurt live Header1
Erfurt live Header8
Home arrow Wyprawy rowerzystów arrow Polska arrow Warmia i Mazury 2008
Erfurt live Header10 Erfurt live leer0

Warmia i Mazury 2008 PDF Drukuj Email
Zmieniony ( 05.09.2008. )
 
Napisany przez Tomek Szwagrzak, z 22-08-2008 13:47
Średnia ocena użytkownika    (0 głos)
Ulubione Brak
Spis treści
Warmia i Mazury 2008
Strona 2
Strona 3
Pomysł objechania rowerem (i dojechania) Warmii i Mazur zrodził się już zimą. Nie była to jednak pierwsza taka wyprawa, lecz „powtórka z rozrywki” z roku 2003. Tym razem wszystko miało być dokładnie zrelacjonowane i sfotografowane z pomocą większego doświadczenia i sprzętu. Zaplanowałem, że w zależności od pogody i okoliczności, wycieczka miała się odbyć pomiędzy czerwcem, a końcem sierpnia roku 2008. Po oczekiwaniu na wolny czas i ustabilizowaną pogodę, która jest raczej ważna podczas długiej jazdy pod gołym niebem, ostateczna data startu wyznaczona została na 23-24 lipca. Była to środa i czwartek. Niestety wiało i lało równo, aż do nocy z czwartku na piątek. Trzeba było jednak postawić na swoim i w piątkowy ranek (25 lipca) pomiędzy kałużami i w miarę ustabilizowaną pogodę wyruszyłem z Pabianic w długą trasę na dwóch kołach...

 

Dzień 1 (25.07.08)

Nie bez drobnych kłopotów technicznych z załadowanym rowerem nacisnąłem na pedały kilka minut po godzinie 7:00 i popędziłem w stronę Rzgowa. Kilka kilometrów potrzeba było na przyzwyczajenie się do o wiele cięższego i mniej stabilnego niż zwykle jednośladu. Od rana pogoda była nadal wielką niewiadomą, zwłaszcza biorąc pod uwagę prognozy synoptyków przez ostatnie dni, które zmieniały się z godziny na godzinę i nie zawsze zgadzały z rzeczywistością. Na niebie kłębiły się niezbyt urokliwe chmury i wiał silny wiatr. Kilkanaście minut przed godziną 8:00 byłem w Rzgowie, gdzie dołączył do mnie Rysiek. Wcześnie zdecydowaliśmy się na nieco okrężną drogę niż zwykle, ponieważ tradycyjna trasa przez Łódź, Stryków i Głowno jest obecnie nie lada męczarnią dla rowerzystów, gdzie trzeba przedzierać się przez niezliczone ilości TIR-ów. Znane z telewizji są doniesienia o protestach mieszkańców Strykowa przeciwko zablokowaniu miasta przez wielkie ciężarówki.

 

Kilka chwil przed wyjazdem.

 

Ze Rzgowa skierowaliśmy się do Brzezin, do których dojechaliśmy o godzinie 9:30 po przejechaniu w sumie 43 kilometrów. Krótki odpoczynek na brzezińskim rynku i przez pagórkowaty teren Wzniesień Łódzkich dotarliśmy do Łowicza. W międzyczasie wyklarowała się pogoda i zaczęło prażyć słońce. W stolicy dawnego Księstwa Łowickiego byliśmy kwadrans po godzinie jedenastej i przejechaniu w sumie 83 km. Zrobiliśmy sobie krótką przerwę na Nowym Rynku. Uzupełniliśmy zapasy i z pomocą GPS-u wyjechaliśmy krętymi drogami łowickiej starówki na drogę do Kocierzewa Południowego.

 

Postój na Nowym Rynku w Łowiczu.

 

Po wyjeździe z Łowicza stało się jasne, że przeprawa tego dnia będzie bardzo trudna. Na mazowieckich równinach bardzo wdawał się we znaki silny wiatr o prędkości ponad 20 km/h, który praktycznie zatrzymywał w miejscu. Wykorzystując okazję, zrobiłem po drodze zdjęcia dworu w Boczkach na potrzeby strony Zamki i Pałace Województwa Łódzkiego. Po opuszczeniu ostatniej gminy w naszym województwie, skierowaliśmy się do Wyszogrodu. Niezbyt przyjemnie jechało się na krótkim odcinku przed tym miastem. Męczyło słońce, wiatr i ciężarówki jadące jedna za drugą w kierunku Rosji i Litwy (co widać było po rejestracjach). Tuż przed Wyszogrodem zatrzymaliśmy się przy drodze na obiad, podczas którego pojawiły się wątpliwości dotyczące przebiegu dalszej trasy do Płońska. Mając dość hałasu i smrodu takiej ilości TIR-ów i samochodów osobowych, padł pomysł kontynuowania dalej trasy przez Czerwińsk nad Wisłą i Naruszewo. Wiązało się to jednak ze sporym nałożeniem kilometrów. Zjedliśmy obiad i dojechaliśmy do Wyszogrodu. Most na Wiśle przekroczyliśmy o godzinie 15:30 ze 130 km przejechanymi tego dnia. Chwilę postaliśmy nad królową polskich rzek. Kilka pamiątkowych zdjęć w jednym z najstarszych polskich miast i ruszyliśmy dalej. Na rondzie za miastem stało się jasne, że nie ma co się martwić ruchem na drodze do Płońska, ponieważ większość rozjeżdżała się w kierunku Płocka i Warszawy. Było to spore zbawienie w perspektywie dołożenia kilometrów w tak morderczych warunkach pogodowych.

 

Most na Wiśle w Wyszogrodzie. Jak widać, słusznie tam wiało...

 

Przyznam się szczerze, że odcinek do Płońska o długości 30 kilometrów to jeden z najcięższych jakie przejechałem w życiu. Monotonny aż do bólu krajobraz, upał i ten morderczy wiatr prosto w twarz. To zapamiętałem najbardziej. Dojechaliśmy „na oparach” do tego miasta, gdzie czekały kolejne niespodzianki. Rozkopany i „wyposażony” w niezliczone objazdy Płońsk nie ułatwiał przeprawy. Pozytywne było to, że przejechaliśmy przez niego szybciej niż tkwiące w korkach samochody. To jest właśnie przewaga roweru nad autem! Samopoczucie poprawiło się nieco po wyjeździe z miasta na drogę do Ciechanowa. Pojawiło się też jakby więcej sił. Powodem było to, że zbliżał się wieczór, nie grzało tak słońce i teren zrobił się nieco ciekawszy. Pagórki i lasy osłabiały i zmieniały kierunek wiatru, który późniejszą porą się i tak osłabił. O godzinie 20:45 byliśmy w grodzie Ciechana, gdzie zaplanowaliśmy nocleg. Tym razem nie planowaliśmy dojechać wariacko w jedną dobę na Mazury, jak to miało miejsce pięć lat wcześniej. Dzień zakończyliśmy po przejechaniu nieco ponad 200 kilometrów. Mój licznik wskazywał dokładnie 202 km.

 

 

Dzień 2 (26.07.08)

Następnego dnia wyruszyliśmy około godziny 8:00 i skierowaliśmy się w kierunku ruin zamku książąt mazowieckich w Ciechanowie, gdzie zrobiłem niezbędną sesję foto. Dalej udaliśmy się w drogę do Przasnysza. Już po wyjeździe z miasta okazało się, że wcale nie będzie lepiej z pedałowaniem niż dnia poprzedniego, a może być nawet gorzej. Wiatr nie ustał, a do kompletu niedogodności doszło potworne zmęczenie spowodowane ponad 200-kilometrową piątkową przeprawą. Organizm domagał się swojego i po każdym odcinku długości około 20 kilometrów trzeba było uzupełniać zapasy płynów w butelkach o pojemnościach 1-1,5 litra w mniej i więcej pożywnych postaciach.

 

Zamek książąt mazowieckich w Ciechanowie.

 

W starym mazowieckim grodzie Przasnyszu byliśmy o godzinie 10:50. Licznik wskazywał przejechane tego dnia tylko 33 km, jednak samopoczucie nie było najlepsze. Co raz bardziej stawało się jasne, że zaplanowana na ten dzień prawie 200-kilometrowa trasa do centrum Krainy Wielkich Jezior jest odległa jak autostrady na Euro 2012. Wyjścia nie było i zrobiliśmy stop na przasnyskim rynku, a ja skorzystałem z okazji i poczyniłem kilka fot w tym ciekawym miasteczku.

 

Przasnyski ratusz z końca XVIII wieku.

 

 

Aluminiowy kolega gotowy do drogi.

 

Wyjechaliśmy z Przasnysza i po przejechaniu około 25 kilometrów zdecydowaliśmy się na kolejny postój. Krótki odpoczynek w nie najlepszych humorach na rynku w Chorzelach, ostatnim mieście Mazowsza i wystartowaliśmy w kierunku Szczytna. O godzinie 14:00 przekroczyliśmy granicę województwa warmińsko-mazurskiego, co było pierwszym (małym) sukcesem. Licznik wskazywał przejechane 67 kilometrów. Kilka naciśnięć pedałów więcej i znaleźliśmy się na dawnej granicy niemieckich Prus Wschodnich. Stało się jasne, że jesteśmy już „pełną gębą” na Mazurach. Nie dodało to jednak sił, a wiatr i słońce nadal nie dawały za wygraną.

 

Dawna granica Prus Wschodnich.

 

Ruszyliśmy dalej i niedługo potem dojechaliśmy do pierwszej większej, mazurskiej miejscowości – Wielbarka. Zdecydowaliśmy, że nie ma sensu dalej się męczyć i trzeba zacząć szukać noclegu. Dalsza podróż w takim stanie i o późnej porze nie dawałaby satysfakcji napajania się widokami i powietrzem Mazur. Nie znaleźliśmy jednak schronienia w tym dawnym krzyżackim mieście i skierowaliśmy się do stolicy powiatu - Szczytna. Dojechaliśmy do niego o godzinie 17:15 i po odpoczynku pod ruinami zamku rozpoczęliśmy poszukiwania miejsc noclegowych, których jak się okazało nie ma w mieście ani jednego. Wszystko było pozajmowane. Nie było więc wyjścia i ruszyliśmy dalej. Perspektywa 100 km, które dzieliły nas od dojechania do celu była niezbyt optymistyczna. Kilka kilometrów za Szczytnem w miejscowości Wałpusz, nad jeziorem o tej samej nazwie udało się znaleźć jakimś cudem kwaterę. Pozwoliło to na kilkanaście godzin oddech w spokoju u mazurskim powietrzem i odpoczynku. Z rowerów tego dnia zsiedliśmy o godzinie 19:00 po przejechaniu 110 km.

 

Ruiny zamku krzyżackiego w Szczytnie.

 

 

Jezioro Wałpusz o zachodzie słońca.

 

 

 

Dzień 3 (27.07.08)

Trzeciego dnia jazdy nadszedł czas, aby wreszcie dojechać do miejsca docelowego. Wyruszyliśmy więc rano dalej na północ, kierując się na Mrągowo. Zaczęły się na dobre znane mi klimaty. Kręte mazurskie drogi prowadziły po pagórkach pomiędzy jeziorami. Wreszcie można było podziwiać widoki i nieskażoną przemysłem przyrodę. Trasa w sporej części wiodła przez Puszczę Piską, co jakiś czas pojawiały się charakterystyczne mazurskie domy ze spiczastymi dachami, krytymi czerwoną dachówką. W Babiętach przekroczyliśmy rzekę Krutynię, słynną wśród miłośników spływów kajakowych. Pomiędzy Nawiadami, a Pieckami zwiększył się ruch na drodze, co było dość męczące po kilometrach przebytych w spokoju puszczy. Powróciliśmy znów do niej, kiedy w Pieckach skręciliśmy na Mikołajki. O godzinie 13:00 (57 km) dotarliśmy do jednego z najważniejszych ośrodków turystycznych i żeglarskich w Krainie Wielkich Jezior Mazurskich. Wreszcie były to te „właściwe Mazury” z jachtami, motorówkami i statkami Białej Floty w porcie. Zostaliśmy w Mikołajkach na obiedzie, który nie mógł obyć się bez rybki i ruszyliśmy dalej trasą na Orzysz i Ełk. W miejscowości Woźnice odbiliśmy na Ryn, w którym byliśmy o godzinie 16:00 po przejechaniu w sumie 76 kilometrów. To małe miasteczko zmieniło się przez ostatnie lata nie do poznania. Znany mi z dzieciństwa zrujnowany i posępny zamek krzyżacki w Rynie jest dziś pięknie odnowiony i tętni życiem, podobnie jak pełne turystów miasto. Co najważniejsze wstęp do warowni jest wolny i nikt nie gania, kiedy wyciągnie się aparat fotograficzny. Po krótkim pobycie w Rynie, ruszyliśmy dalej kierując się na Giżycko. Droga tam jest urozmaicona stromymi podjazdami i zjazdami. Po kilku kilometrach zjechaliśmy z niej i przez małą miejscowość Monetki dotarliśmy do Bogaczewa nad Jeziorem Bocznym, które okrążyliśmy i poprzez kanał Kulę dojechaliśmy do Rydzewa. Jest to moja mazurska baza od roku 1992, czyli od kiedy miałem lat 7. Podróż tego dnia zakończyła się o godzinie 17:30 po przejechanych 100 kilometrach.

 

Przez Puszczę Piską.

 

 

Jezioro Mikołajskie, port w Mikołajkach.

 

 

Zamek krzyżacki w Rynie.

 

 

Nowy ratusz w Rynie. Na drugim planie zamek.

 

 

Mazurskie pofałdowania. Okolice wsi Monetki.

 

 

Poleć znajomemu ten artykuł...



Opublikowane w : Wyprawy, wycieczki, Polska
Cytuj ten artykuł na swojej stronie Ulubione Drukuj Podobne artykuły

Komentarze użytkowników (2) RSS feed komentarz
Wystawiony przez west12, z 23-09-2008 17:55, , Gość
1. Brawka
Gratki wiem jak to jest na trasie .W czerwcu przed Bożym Ciałem wybrałem się sam do Lwowa 
z Lublina i wiem jak ciężko się jedzie z bagażem na rowrku a miałem i namiot i butlę gazową. 
Więc szczere gratulacje i życzę następnych udanych wypraw po Polsce i nie tylko. Szacuneczek.
 
» Poinformuj administratora o tym komentarzu
» Odpowiedz na komentarz...

Wystawiony przez Jurand, z 23-11-2008 19:09, , Zarejestrowany
2. Kropla dziegciu
Reportaż jest ciekawy, ale czytając go zastanawiałem się czy wy w ogóle mieliście czas na oglądanie przejeżdżanej okolicy. Waliliście po 200 km, to już chyba gruba przesada. W artykule brak jest opisu do zdjęć, poza nielicznymi, np. Urząd Miasta Ryn. :grin
 
» Poinformuj administratora o tym komentarzu
» Odpowiedz na komentarz...

Dodaj swój komentarz



mXcomment 1.0.7.::.Polish Version - JoomlaPL.com Team © 2007-2008 - visualclinic.fr
License Creative Commons - Some rights reserved
Erfurt live leer
Erfurt live unten Erfurt live leer Erfurt live unten
Narowerze.Info 2006-2007. Wszelkie prawa zastrzeżone.
Kontakt Media o Nas Linki

Design by: Webdesign Erfurt