| Napisany przez Administrator, z 15-09-2008 10:41 |
| Średnia ocena użytkownika |
(1 głos) |
|
|
|
Nasza przygoda rozpoczęła się 19 lipca. Ja i Mateusz wyruszyliśmy pociągiem z Wrocławia do Gdańska i dalej już promem do Szwecji. Ewald dotarł do Szwecji samolotem, lądując 120 km od Sztokholmu. Wszyscy w trójkę spotkaliśmy się właśnie w Sztokholmie. Kolejnego dnia 100 kilometrów na północ, dołączył do nas Artur, który również do Szwecji dotarł samolotem.
Do Szwecji możemy dotrzeć promem bądź samolotem. Promy kursują na trasach Świnoujście – Ystad, Gdynia – Karlskrona, Gdańsk – Nynashamn (60 km od Sztokholmu). Cena za ten ostatni wynosi 246 PLN, dla studentów i młodzieży 207 PLN, dodatkowo należy opłacić rower – 22 PLN. Podróż trwa 18 godzin. Dobrą alternatywą może okazać się samolot, gdyż podróż trwa znacznie krócej, a mając szczęście i trafiając na odpowiednią promocję, cena będzie podobna. | Pierwsze etap naszej wyprawy prowadził wschodnią częścią Szwecji, nie daleko od wybrzeża. Droga prowadziła najczęściej przez pagórkowaty, leśny teren i co nas zaskoczyło nie zawsze była to wyasfaltowana droga. Jak się przekonaliśmy nie jednokrotnie, w Szwecji nawet drogi regionalne często bywają pozbawione asfaltowej nawierzchni. Rekompensatą za stan bocznych dróg i nieprzyjemną jazdę po nich były liczne jeziora, nad którymi każdego wieczoru rozbijaliśmy namiot, i w których wodach mogliśmy wypocząć po całym dniu jazdy. Ze wschodniej części Szwecji, zaczęliśmy się kierować bardziej na zachód, po to, aby dotrzeć do Norwegii. Pewnego wieczoru, gdy już powoli zaczynaliśmy się rozglądać za miejscem na rozbicie namiotów, z boku drogi słyszę jak ktoś krzyczy coś. Z tego wszystkiego zrozumiałem tylko słowa wypowiedziane w polskim języku w nawiązaniu do mojej małej, polskiej flagi wywieszonej na bagażniku – ‘ja też mam taką flagę’ i wtedy zauważyłem mężczyznę wskazującego na polską flagę wywieszoną na domie. Tak poznajemy Janusza, Polaka, który już od wielu lat mieszka w Szwecji i który widział nas wcześniej tego dnia na trasie. Tego wieczoru rozbijamy się w polskim ogródku i spędzamy miły wieczór. Kolejny dzień rozpoczyna się nieciekawie dla Ewalda. Struł się bowiem czymś i był w bardzo kiepskim stanie. Jednak ok. godziny 13, Ewald dochodzi powoli do siebie i ruszamy w trasę. Wieczorem dojeżdżamy do miejscowości gdzie planowaliśmy zrobić zakupy. Wcześniej jednak musimy nabrać wodę. Od osoby u której nabieraliśmy wodę, dowiedzieliśmy się, że najbliższy sklep jest za 60 km. Trochę zawiedzeni juz mieliśmy odjeżdżać, gdy poznaliśmy co to oznacza szwedzka gościnność. Zostaliśmy bowiem zaproszeni na wspaniałą kolacje. Po kolacji zaś, już tradycyjnie rozbijamy się nad jeziorem. O gościnności Szwedów mieliśmy okazję przekonać się jeszcze kilka razy, choćby w sytuacji gdy pytając na stacji benzynowej w jednej z miejscowości o kawiarenkę internetową, sprzedawca pozwolił korzystać ze swojego komputera na zapleczu.
Praktycznie o Szwecji:
- Nawierzchnia głównych dróg jest bardzo dobra, znacznie gorzej z drogami lokalnymi, gdzie nawierzchnia czasami bywa gruntowa. Główna droga E4, biegnąca wzdłuż wschodniego wybrzeża jest bardzo zatłoczona! - Przy drogach często są rozlokowane zadbane parkingi, z ubikacjami i miejscami do odpoczynku. - Woda w szwedzkich kranach jest bardzo dobra i zdatna do picia. Podobnie woda w większości jezior. - Obok dróg, często biegnie wyasfaltowany odcinek drogi dla pieszych i rowerzystów. Niestety czasami droga ta kończy się ‘w polu’ - W większych miejscowościach zlokalizowane są supermarkety, otwarte 7 dni w tygodniu. Szczególnie polecam sieć ICA. W mniejszych miejscowościach brak nawet małych sklepików. - Znajomość języka angielskiego: Bardzo dobra |
Jadąc dalej przez Szwecję, prawdziwym problemem zaczęły stawać się małe meszki, które wręcz stadami podczas postojów, a w szczególności wieczorem gdy rozbijaliśmy namioty, atakowały nas. Jedynym sposobem było zakrycie, każdej nawet najmniejszej części ciała, która mogłaby być narażona na atak żarłocznych meszek. Na trasie od czasu do czasu, zaczęliśmy również spotykać zwierzęta które są niemalże symbolem Skandynawii – renifery. Zwierzęta spokojne i łagodne, potrafiące wyjść na środek drogi i jakby nic biec środkiem drogi przed samochodami, a także z chęcią pozujące do zdjęć. W środkowej Szwecji zaczęły się problemy Mateusza. Najpierw 3 razy w ciągu dnia musiał zmieniać dętkę. Później miał problemy z żołądkiem, aż w końcu zaczęły się problemy z kolanami. Problemy, które powodowały że nawet na prostej drodze, Mateusz jechał bardzo wolno. Po kilku godzinach na trasie, zostawał za nami w tyle. Czasami czekaliśmy na niego godzinę, a nawet dwie. Jechaliśmy jednak dalej razem. Przyszedł czas na przebicie się na drugą stronę Gór Skandynawskich do Norwegi. Przełęcz którą mieliśmy do pokonania liczyła sobie ponad 700 m.n.p.m. Podjazd na nią nie był bardzo trudny, jednak kolana Mateusza nie dały rady. Dokładnie na kole podbiegunowym, gdzie zorganizowaliśmy sobie odpoczynek, Mateusz postanowił że jednak dalej z nami nie pojedzie. Postanowiliśmy, że dojedziemy jeszcze razem w góry. Na przełęczy spotkaliśmy się raz jeszcze i pożegnaliśmy. Mateusz pojechał w kierunku Lofotów, aby później wrócić samolotem do Polski, my zaś już w trzech kontynuujemy podróż w kierunku północnej Norwegii. Gdy dotarliśmy na drugą stronę gór do Norwegii, czekało nas kilka dużych zmian. Pierwsza to wyżej wspomniana, mianowicie to że jedziemy w trójkę. Kolejna to zmiana pogody. Wcześniej szczęście nam dopisywało i mieliśmy dobrą, ciepłą, słoneczną pogodę. Jednak w Norwegii już pierwszego dnia zastaliśmy chmury, deszcz i chłód. Co prawda im dalej na północ tym robiło się co raz słoneczniej, to jednak chłód nie ustępował. Do tego wszystkiego jeszcze silny wiatr, często prosto w twarz. Kolejna zmiana, to poziom cen. Choć już miałem okazje zwiedzić już sporo krajów, to bez wahania przyznaje - Norwegia jest najdroższa. Dla przykładu- chleb: od 6 PLN, mleko: od 6 PLN, najtańszy sok 5 PLN, warzywa 2-3 razy droższe niż w Polsce. Do tego wszystkiego jeszcze zupełna zmiana ukształtowania terenu. Tutaj w Norwegii zrobiła się naprawdę trudna, górzysta trasa. Choć nie wynosimy się za wysoko, bo zaledwie 300, 400 m.n.p.m. to jednak pokonanie takiej różnicy wysokości od poziomu morza nie jest łatwe. Wynagrodzeniem za wszystkie trudy są wspaniałe krajobrazy, fantastyczne połączenie morza i surowego krajobrazu fjordów i gór. Droga przez góry oznaczała czasami pokonanie 4 męczących podjazdów w ciągu dnia, a także przebijanie się przez góry tunelami. Jednego dnia pokonaliśmy chyba ich z 15. Jedne krótkie inne długie. Raz prowadzące pod górę, gdzie każdy kilometr ciągnął się niemiłosiernie, raz prowadzący w dół, który pokonywaliśmy z prędkością 60 km/h.
Praktycznnie o Norwegii:
- Dobra stan nawierzchni dróg. - Obok dróg, zazwyczaj w miejscowościach, biegnie wyasfaltowany odcinek drogi dla pieszych i rowerzystów. - Przy drogach, szczególnie przy głównej trasie E6 (gdzie natężenie ruchu jest średnie) co jakiś czas rozlokowane są miejsca do odpoczynku, wyposażone często w ubikacje, ławeczki i stoliki. - Zazwyczaj czysta woda w rzekach i kranach. - Sklepy zamknięte w niedziele. Główne sieci handlowe REMA1000 (tutaj tani chleb), ICA, COOP, SPAR. Uwaga! Wysokie ceny. - Znajomość angielskiego: dobra | Jadąc przez Norwegię, główną, choć nie bardzo ruchliwą drogą E6, przy drodze często są różnego rodzaju postaje z ubikacjami, ławeczkami. Jednego z wieczorów rozbiliśmy się w pobliżu takiego miejsca, a na ławeczkach jedliśmy kolację. Podjechał samochodem jakiś Pan, i zaczął mówić coś po norwesku 'Polen? >Ja!'. Pokazał nam jakieś wizytówki osób z Polski, dał nam mapki, pocztówki a na koniec...200 NOKów na drogę (w przeliczeniu ok 80 PLN). Lekko zszokowani podziękowaliśmy i pożegnaliśmy nieznajomego. Im dalej na północ tym robiło się co raz chłodniej. W końcu na ostatecznej drodze prowadzącej na Nordkapp temperatura wynosiła zaledwie około 5 stopni, do tego jeszcze padał deszcz. Takie warunki sprawiły, że odmroziliśmy sobie stopy i palce u rąk, pomimo tego że jechaliśmy w rękawiczkach. Jednak po 20 dniach podróży, docieramy na najdalej wysunięty na północ przylądek Europy – Nordkapp.
Przylądek Nordkapp (Przylądek Północy) to jedna z największych atrakcji północnej Skandynawii, uznawany  symbolicznie za najdalej wysunięte na północ miejsce Europy (de facto najdalej na północ wysunięty punkt Starego Kontynentu jest przylądek , Knivskjellodden, który znajduje się klka kilometrów na północny zachód). Przylądek w Xvi w. odkrył Richard Chancellor, Pierwszym ‘turystą’ na Nordkappie był to włoski ksiądz Francesco Negri, któremu dotarcie do tego miejsca zajęło aż dwa lata. Chcąc dostać się na Nordkapp, należy pokonać kilka tunelów, najdłuższy liczy ponad 7 kilometrów i prowadzi pod poziomem morza. Największym problemem wbrew pozorom w tunelach nie jest zanieczyszczenie, gdyż tunele są świetnie wentylowane, lecz ogromny hałas przejeżdżających pojazdów i wentylatorów
|
Z Nordkappu zaczęliśmy się kierować na południe. Podjęliśmy również decyzje co do dalszych naszych losów na wyprawie. Mianowicie ja z Arturem postanowiliśmy przemierzyć Finlandię i dalej kraje nadbałtyckie, po to aby dotrzeć do Polski. Ewald zaś postanowił, że ze stolicy Finlandii poleci samolotem do domu. Zanim jednak miało nastąpić rozstanie z Ewaldem, do pokonania mieliśmy jeszcze całą Finlandię. Warunki pogodowe były wybitnie nie sprzyjające. Niemalże co dzień padało, do tego było dosyć chłodno. Od lokalnych mieszkańców dowiedzieliśmy się, że było to najchłodniejsze lato od 15 lat w tym kraju. W Finlandii zaczęły się kłopoty Artura. Już w Norwegii, Artur zauważył problem z piastą w jednym z kół, jednak wraz z upływem kilometrów problem ten nasilał się. Co prawda Artur mógł kontynuować jazdę, jednak w każdej chwili było prawdopodobne, że piasta zostani całkowicie uszkodzona. Dlatego też, pewnego chłodnego, deszczowego, ponurego dnia Artur podjął decyzję, iż również w Helsinkach zakończy wyprawę. Jednak tak się nie stało... Tego samego dnia bowiem, pojawił się luz w suporcie Artura, który uniemożliwiał jazdę powyżej 15 km/h. Udało się jednak dojechać nam do najbliższej miejscowości i tam zdecydowaliśmy ze ja z Ewaldem pojedziemy do najbliższego miasta rowerami, Artur zaś dotrze tam autobusem. Jednak autobus miał przyjechać dopiero następnego dnia. Zastanawiając się co robić dalej na stacji benzynowej z pomocą przyszła nam kobieta, Gruzinka mieszkająca na stałe w Finlandii, która zaoferowała, ze zabierze Artura wraz z rowerem samochodem do najbliższego miasta. I tak tez się stało. Wszyscy znowu spotkaliśmy się kilkadziesiąt kilometrów dalej w mieście Sodankyla. Niestety w tamtejszym sklepie rowerowym nie byli w stanie rozwiązać problemu z rowerem Artura. Osoba ze sklepu wykonała wiele telefonów do sklepów rowerowych w innych miastach. Pomoc miała czekać dopiero w mieście Oulu oddalonym o 300 km. Do Oulu Artur pojechał autobusem, ja z Ewaldem dalej jechaliśmy na południe. Wszyscy mieliśmy się spotkać za około 3 dni. Niestety następnego ranka dostaliśmy krótkiego, ale jednoznacznie brzmiącego smsa od Artura 'jadę do Polski :( pozdrawiam'. Od tego miejsca jechaliśmy juz tylko w dwójkę. Jechaliśmy mimo deszczu, chłodu i wiejącego wiatru.
Praktycznie o Finlandii:  - Stan nawierzchni dróg: dobry - Z Internetu możemy skorzystać w większości bibliotek - Woda nie czysta w rzekach, dobra w kranach. - Sklepy otwarte 7 dni w tygodniu. Najtańszy sklep: Lidl. Inne sieci marketów: S-market, K-market - Znajomość angielskiego: średnia. Polecam w razie potrzeby pytać się młodych ludzi. | Finlandia nie okazała się wcale takim płaskim krajem jak oczekiwaliśmy. Jedynie środkowa część okazała się nizinom. Jadąc zaś przez północna i południowa część, pokonywaliśmy co chwila krótkie zjazdy i krótkie podjazdy. Jazda przez ten kraj, okazała się bardzo nudna. Wszystko przez monotonne krajobrazy, najczęściej bowiem trasa prowadziła przez las. Ogromna ulgę przyniósł nam jeden z noclegów spędzonych gościnnie w przydomowym ogródku, gdzie gospodarze pozwolili nam korzystać z prysznica, gdzie po raz pierwszy od 10 dni mogliśmy wykąpać się w ciepłej wodzie, a także korzystać z prawdziwej fińskiej sauny. Po problemach z rowerem Artura, problemy pojawiły się i w moim rowerze, mianowicie pękła obręcz w tylnym kole w efekcie czego, koło automatycznie się wykrzywiło. Kilometry mijały, z kołem nic poważniejszego się nie działo, więc postanowiłem zakupić nowe dopiero po opuszczeniu Finlandii, ze względu na niższe ceny w krajach nadbałtyckich. Do tego jeszcze dręczył mnie problem z dętkami. Niemalże każdego dnia przebijałem dętkę. Pomimo tego wszystkiego postanowiłem, ze będę jechać dalej w kierunku Polski. Niestety juz samemu. Samemu bowiem na około 250 kilometrów przed Helsinkami, Ewald postanowił ze dojedzie tam pociągiem, a z Helsinek w czwartek wyruszy samolotem do Berlina i tak po 31 dniach spędzonych na rowerze zakończył wyprawę. Ja zaś dalej kontynuowałem już jazdę samotnie. 3 dnia opuściłem teren półwyspu Skandynawskiego docierając do zabytkowego Tallina, stolicy Estonii i kierując się dalej przez Łotwę i Litwę. Z Helsinek do Tallina możemy dostać się promem. Na tej trasie jest kilku przewoźników, jednym z tańszych jes t Tallin Line. Najtańsze połączenia są wcześnie z rana, najdroższe zaś po południu. | Trasy przez te kraje nie planowałem przed wyruszeniem na wyprawę do Skandynawii, dlatego też postanowiłem pokonać ją głównym szlakiem tranzytowym prowadzącym przez ten region, a mianowicie drogą Via Baltica, z której w miarę możliwości starałem się zbaczać wybierając alternatywne, lokalne drogi. Pomimo tego, że ruch na tej trasie jest spory, spotkało mnie kilka przyjemnych rzeczy. Przede wszystkim nawierzchnia jest bardzo dobra, a pobocze często szerokie dlatego też całkiem wygodnie poruszać się po tej trasie. Kolejna rzecz to pojawiający się polscy kierowcy, których na tej trasie naprawdę sporo. Szczególnie miła sytuacja miała miejsce gdy zapewne w eter CB radia poszła informacja o tym, że poruszam się ta trasą, bo już spory kawałek za mną, niemalże każda polska ciężarówka pozdrawiała mnie, radośnie potrąbując. Na Łotwie znowu pojawiły się problemy z moim rowerem, musiałem wymieniać oponę, na Litwie zaś wymieniłem całe tylne, uszkodzone koło wraz z oponą. Kolejnym krajem na mojej trasie była Litwa, kraj który już od pierwszych kilometrów przypadł mi do gustu - stare, drewniane domy, osadzone pośrodku drzew porozrzucane, raz po lewej raz po prawej stronie drogi, stare przydrożne kapliczki i krzyże, rolnicze krajobrazy. I w tym miejscu zakończyłem swoją przygodę z Via Balticą, bowiem dalej już podążałem bocznymi, lokalnymi drogami w kierunku granicy z Polską. Ze względu na silny wiatr prosto w twarz jedzie się bardzo ciężko, jednak 41 dnia wyprawy, szczęśliwy docieram do Polski. Pierwszą noc w ojczyźnie spędzam nad jednym z jezior przez które przechodzi Kanał Augustowski. Dalej jadę przez małe malownicze miasta – Augustów, Pisz, przecinam Puszczę Piską oraz Kurpiowską docierając na Mazowsze. Wisłę przekraczam w Płocku i kieruję się dalej na południe w kierunku Opolszczyzny po to, aby 3 września dotrzeć do mojego rodzinnego miasta – Kluczborka, gdzie kończę moją przygodę.
Poleć znajomemu ten artykuł...
Komentarze użytkowników (2)
|
|
|