| Napisany przez Administrator, z 26-12-2007 17:20 |
| Średnia ocena użytkownika |
(0 głos) |
|
|
|
Dziennik z wyprawy Adriatic Express
Dzień 1
207 km; 9:23 h
Kluczbork - Krapkowice - Racibórz - Granica Czeska - Cesky Tesin - Trinec
Poranek, godzina 7 - rundka honorowa po Kluczborku i ruszam na trasę. Początkowo mam obawy czy nie przewrócę się podczas jazdy z takim obciążeniem. Z każdym kilometrem jednak powoli przyzwyczajam się do bagażu i przyczepki. Około południa docieram do Krapkowic gdzie spotykam się z Wojtkiem. Chwilę czasu dzielimy bagaż, jedziemy na rynek, aby spotkać się z dziennikarzem z lokalnego tygodnika i ruszamy na naszą kolejną wyprawę. Tempo na trasie bardzo wysokie - 30 km/h wciąż na liczniku. Dopiero później gdy już przekroczyliśmy granice, znacznie osłabło. Pierwsze co rzuca się w oczy w Czechach to bardzo duża liczba rowerzystów - młodzi i starzy, kobiety i dzieci. Jednak my z nich wszystkich wyróżniamy się najbardziej i obok nikogo nie przejeżdżamy niezauważeni. Ok. 19 dojeżdżamy do małej miejscowości pod miastem Trinec. Tam nocleg oferuje nam osoba, którą wcześniej poznałem za pośrednictwem internetu. Warunki hotelowe - prysznic, łazienka. Tego dnia jeszcze nie rozkładamy namiotu i nie używamy naszych śpiworów
Dzień 2
123 km; 5:44 h
Trinec - Granica Słowacka - Zilinia - Priviedza
Wyruszamy o 7:30. Tak późno gdyż mamy umówiony nocleg w miejscowości Prievidza. Zaraz po ruszeniu na trasę, spoglądam na zaczep przyczepki i widzę, że ledwo co trzyma się mojego tylnego koła. Zatrzymujemy się i poprawiamy tą usterkę. Jednak po kilometrze, przyczepka wypina się, i po chwili powraca na swoje właściwe miejsce. Znowu zatrzymujemy się, a ja poprawiam sprzęt. Jedziemy dalej... już około południa mamy za sobą ponad połowę zaplanowanej na dzień dzisiejszy trasy. Mamy za sobą również pierwszą z dwóch przełęczy. Postanawiamy się więc zatrzymać w jakimś ciekawym miejscu na odpoczynek. Tym ciekawym miejscem okazuje się rzeka płynąca w pobliżu naszej drogi. Jemy tutaj obiad. Po obiedzie przychodzi czas na podjazd na drugą przełęcz. Podjazd okazuje się bardzo stromy. Pierwszy raz podczas tej wyprawy zmuszeni jesteśmy jechać na najmniejszych przełożeniach. Na górze robimy krótką przerwę. Na zjeździe Wojtek mknie ponad 70 km/h i na jednym z zakrętów o mały włos nie wypada z drogi. Ja zaś rozpędzam się do prędkości 60 km/h i w pewnym momencie... wypina mi się przyczepka. Po awaryjnym hamowaniu zatrzymuje się z lewej strony drogi ok. 30 m. od przyczepki, która wylądowała na samym środku jezdni, wcześniej koziołkując wielokrotnie po asfalcie. Na szczęście nie jest uszkodzona, nie jest uszkodzony również rower i co najważniejsze ja jestem cały i zdrowy, a tak mało brakowało a w drugi dzień zakończyła się nasza wyprawa. Mocuje przyczepkę do roweru i jadę dalej. Zaczyna padać. Dojeżdżamy jednak do naszego celu - miasta Prievidza. Tam spotykamy się z Ondrejem, z którym kontaktowałem się wcześniej przez internet w sprawie noclegu. Odrobinę zaskoczony naszą wizytą oferuje pomoc. Pomimo iż mieszka w bloku nie mamy żadnych problemów z transportem bagaży, gdyż w bloku do dyspozycji jest winda. Później wychodzimy do pubu, gdzie spotykamy znajomych Ondreja i spędzamy bardzo miły wieczór. Spać kładziemy się po godz. 23.
Dzień 3
192 km; 8:27
Prievidza - Zarnovica - Zeliezovce - Sturovo - WĘGRY - Esztergom
Pobudka o godzinie 6:00. Na dworze ziąb, pada deszcz. Nie zapowiada się przyjemny i łatwy dzień jazdy. Pakujemy się, żegnamy z Ondrejemy i jedziemy... leje. Po 15 km jesteśmy już kompletnie przemoknięci: kurtka, bluza, buty, skarpetki. Zatrzymujemy się, żeby się trochę osuszyć. mamy też nadzieje, że przestanie padać. Po niecałej godzinie znowu jesteśmy na trasie. Jeszcze pada, ale już znacznie lżej. Po 20 km. zaczynamy wspinać się na kolejną przełęcz. Jest zimno, wspinamy się coraz wyżej. Im wyżej tym gorsze warunki, spada widoczność, gdyż zagęszcza się mgła., a my ciągle podjeżdżamy. Najgorsze jest jednak to, że przez mgłę, nie wiemy ile jeszcze przed nami, gdyż nie widzimy otaczających nas szczytów i nie wiemy kiedy spodziewać się przełęczy i końca podjazdu. W końcu jednak docieramy na górę i rozpoczynamy zjazd. Po ostatnich przeżyciach jadę bardzo ostrożnie, kontroluje co się dzieje z przyczepką. Wojtek jadący z przodu zaś, co chwile ogląda się za siebie i kontroluje co się dzieje ze mną. Po zjedzie wyjeżdżamy na główną, ekspresową drogę, nie do końca pewni czy możemy się po niej poruszać, ale jednak jedziemy dalej. Droga, pomimo iż porusza się po niej wiele samochodów, jest dla nas bardzo komfortowa, gdyż po prawej stronie drogi znajduje się szerokie pobocze, które z powodzeniem można wykorzystywać jako ścieżka rowerowa. Kilka kilometrów przed granicą węgierską, na horyzoncie zarysowuje się potężna budowla jaką jest bazylika w mieście Esztergom. Sama budowla jest naprawdę imponującym obiektem i robi ogromne wrażenie. Przekraczamy Dunaj, czyli zarazem granice słowacko- węgierską. Wymieniamy walutę, robimy zakupy i ok. 10 km za Esztergomem, pierwszy raz rozbijamy namiot, z czym mieliśmy trochę kłopotów. Rozkładaliśmy go ponad godzinę (i tak źle). Wojtek zabiera się za wymianę szprychy, którą złamał kilka km. wcześniej, ja szykuje sobie kolację. Ok 22 kładziemy się spać.
Dzień 4
157 km; 7:57 h
Esztergom - Visegrad - Budapest - Kecskemet
[adsense1]Pobudka dzisiaj o godzinie 5. Po spakowaniu rzeczy, ruszamy na trasę która wiedzie wzdłuż Dunaju. Przed południem docieramy już do przedmieść Budapesztu. Wcześniej jednak robimy krótką przerwę, gdyż boli mnie mój kark. Smaruje go maścią przeciwbólową, ale nie wiele pomaga. trzeba jednak jechać dalej. Na drodze ruch pojazdów staje się coraz większy i bardziej uciążliwy. Do tego wszystkiego łapie gumę. Zjeżdżamy na stację i tam dokonuję wymiany dętki. godzinę później jesteśmy już w centrum Budapesztu. Z centrum udajemy się na górującą nad miastem cytadele, z której rozciąga się widok na całe miasto. tam urządzamy chwilę odpoczynku na obiad. Z cytadeli zaczynamy się kierować na wyjazd z miasta i w końcu uradowani opuszczamy je, zapominając o korkach i skrzyżowaniach. Kierujemy się główną drogą na Szeged. Przy drodze jednak co chwilę pojawia się znak: zakaz wjazdu zaprzęgów konnych, ciągników i rowerów. My jednak tym się nie przejmujemy. Na mapie nie mamy zaznaczonej, żadnej innej bocznej drogi, widzimy jedynie, że obok drogi po której się poruszamy, jest autostrada. Dlaczego więc zakaz dla rowerów na tej trasie? Droga tutaj jest wyjątkowo monotonna - cały czas płasko, a wzdłuż drogi cały czas pola kukurydzy i słoneczników, co jakiś czas jakaś miejscowość. Na przedmieściach miasta Kecskemet zaczynamy szukać noclegu. Wszystkie osoby, które spotykamy, nie znają jednak angielskiego, a ja niestety nie znam ani słowa po węgiersku. Gdy zaś spotykamy kogoś kto mówi po angielsku, mamy pecha bo trafiamy akurat na rodzinną imprezę i nie możemy przenocować. postanawiamy wyjechać za miasto. Słońce chowa się już pod horyzontem, a my nadal nie mamy gdzie spać. Robi się ciemno, jednak przy drodze pojawia się jakiś domek. podjeżdżamy...pytam właściciela czy mówi po angielsku. Niestety nie. Zaczynam więc na migi pokazywać o co chodzi i... udaje się, możemy rozbijać namiot.
Dzień 5
122 km; 6:18 h
Keckskemet - Seged - SERBIA -Pailc
Budzik dzwoni o godzinie 6, podnoszę się dopiero pół godziny później. po chwili wstaje również Wojtek. Wyjeżdżamy na trasę i znowu co chwile znaki "zakaz wjazdu dla rowerów". Kilkadziesiąt kilometrów dalej, przejeżdżamy obok patrolu policyjnego. Nie śmiało spoglądam w ich stronę, i sprawdzam ich reakcje. Wygląda na to, że wszystko jest w porządku, bowiem nas nie zatrzymują. Kontynuujemy więc, naszą nielegalną podróż. Wciąż boli mnie kark. Ból jest na tyle uciążliwy, że biorę tabletkę przeciwbólową. Dalej, gdy zatrzymujemy się na posiłek, podwyższam najbardziej jak to tylko możliwe moją kierownicę. W Szegedzie wydajemy resztkę forintów i kierujemy się w stronę granicy. Dojeżdżamy do przejścia i okazuje się, że przejście jest... zamknięte. Na przejściu jest tylko jeden strażnik z psem, który nas informuje w języku węgiersko - migowym, że...ja zrozumiałem że trzeba jechać autostradą, która szła w pobliżu drogi, Wojtek zaś zrozumiał, że tylko autobusem możemy dostać się do Serbii. Zawracamy więc kawałek i udajemy się na zwiad autostrady. Obok autostrady widzimy jakąś boczną drogę, która prowadzi wzdłuż autostrady. Wjeżdżamy więc na nią. Jednak zatrzymuje się pewna kobieta i informuje nas, że trzeba jechać autostradą. Zawracamy więc i wjeżdżamy na autostradę. Po kilometrze docieramy do przejścia granicznego i już jesteśmy w Serbii. Pierwsze wrażenia... dobra droga z szerokim poboczem, wszędzie sady, zadbane domy. Dojeżdżamy do miejscowości Palic. Tutaj postanawiamy szukać noclegu. Zaczynamy pytać miejscowych o zgodę. Tutaj już znacznie łatwiej z porozumiewaniem się. wiele osób zna angielski, bądź niemiecki. Próbujemy w kilku domach, jednak właściciele nie zgadzają się. Przy jednym z domków zatrzymuje się rowerzysta i pyta się w czy mógłby nam pomóc. W ten sposób poznajemy Dejana - lokalnego bikera, który pokazuje nam fajne miejsce nad jeziorem gdzie możemy się rozbić. Wieczorem również oprowadza mnie po Palicu.
Dzień 6
Palic - Subotica - Kula
Wstajemy, pakujemy się, jemy śniadanie. Zbliża się 9, o tej porze mieliśmy się spotkać z Dejanem. Wybija 9, zjawia się i Dejan, przywozi dla nas kukurydze, oraz informacje gdzie na trasie możemy znaleźć w razie problemu pomoc. Proponuje nam także, abyś pojechali trochę inną trasą i aby w Czarnogórze, w górach Durmitor jechać boczną drogą przez ten masyw górski do kanionu Pjeva. Przyjmujemy propozycje, żegnamy się z Dejanem i jedziemy... ...Kilka minut później docieramy do Suboticy. Tutaj zatrzymujemy się na stacji i jemy kukurydze, którą dostaliśmy od Dejana - trochę zimna i bez soli, ale zawsze to lepsze niż chleb z marmoladą. Dalej nasza trasa prowadzi przez płaskie, choć nie tak monotonne tereny jak na Węgrzech. W każdej miejscowości można znaleźć coś ciekawego - stare domy, kapliczki, zrujnowane kościoły... Najciekawsze są jednak cmentarzyki i nagrobki, które często znajdują się w ogródkach mieszkańców a nie na dużym, zbiorowym cmentarzu. O godzinie 14 docieramy do miejscowości Kula, gdzie mieszka osoba z którą umówiłem się wcześnie na spotkanie i na możliwość skorzystania z internetu. Odrobinę zaskoczona naszą wizytą, proponuje nam abyś zostali i wyjechali dopiero nazajutrz. Początkowo chwilę się wahamy, bo to dopiero południe i od rana posunęliśmy się tylko 60 km. Po chwili jednak decydujemy się, że zostaniemy. Pierwsze co robimy to prysznic, pierwsza kąpiel od 4 dni. Po jakimś czasie w domu naszego znajomego (Ernesta), pojawiają się jego znajomi (teraz nasi znajomi ;). My zaś wśród nich wszystkich, nie czuliśmy się jak w Serbii, lecz jak w...Wielkie Brytanii. Wszyscy bowiem rozmawiali po angielsku. Popołudniu wybieramy się, aby obejrzeć miasto. Znajdujemy m.in. ulicę Lenina :). Wieczorem w deszczu, z parasolkami idziemy do miejscowej straży pożarnej, aby pograć w tenisa stołowego. Nie ma lepszego od Wojtka i nie ma siły na jego podkręcone piłeczki. Co do samej jednostki straży pożarnej, to ciekawe było jej zorganizowanie - na całe miasto pracowała jedna osoba i w razie pożaru ona odpowiada za jego gaszenie . Po powrocie jemy wspaniałą kolacje przygotowaną przez mamę Ernesta i kładziemy się spać w łóżkach.
Dzień 7
187 km, 8:30h
Kula - Backa Palanka - CHORWACJA - SERBIA - Sid - Kuzmin - BOŚNIA I HERCEGOWINA - Bijeljina - Zvornik
Z rana jemy śniadanie u Ernesta, poznajemy także Piotrka - lokalnego bajkera, który potowarzyszy nam dziś przez część trasy. Pogoda nieciekawa - pochmurno, czasami kropi. Wyruszamy na trasę, prowadzi Piotrek. Jedziemy bardzo fajną, mało ruchliwą i co ważne, dobrej jakości drogą. Sprzyjający wiatr pozwala nam jechać 30 km/h. Nie jest to jednak dla mnie wcale łatwe, musze mocno naciskać na pedała, Wojtkowi idzie znacznie lepiej. W miejscowości Backa Palanka jedziemy do serwisu rowerowego, którego adres otrzymaliśmy od Dejana w Palicu. Tam Wojtek centruje koło, ja robię małe poprawki przy przyczepce. 5 km dalej dojeżdżamy do granicy Serbso - Chorwackiej. Tam też żegnamy się z Piotrkiem. Przez Chorwacje jedziemy tylko 10 km. Pierwszy raz od Słowacji, trasa prowadzi przez tereny bardziej pagórkowate, napotykamy także jeden dłuższy podjazd. Po chwili znowu jesteśmy na przejściu granicznym i znowu jesteśmy w Serbii. Zaraz za przejściem pokonujemy szybki zjazd i kilka kilometrów dalej zatrzymujemy się przy sklepie, aby zrobić małe zakupy. Wybór towarów bardzo mały, ceny nie za niskie. Kupić jednak coś trzeba. Siadamy na ławce przed sklepem i zaczynamy jeść nasz obiad. Po chwili wychodzi właściciel sklepu i daje nam gorącą kukurydzę. Ruszamy dalej... okazuje się, że jedziemy nie tą drogą, którą powinniśmy. Nie zawracamy jednak, postanawiamy wydłużyć sobie drogę o ok. 10 km. Docieramy do granicy z Bośnią. Pierwsze kilometry w Bośni to kilometry bardzo... głośne, gdyż większość kierowców na drodze niemalże non-stop używa klaksonu na drodze. Pierwsze kilometry w Bośni zaskoczyły nas także na plus, mianowicie... ściezka rowerowa biegnąca wzdłuż drogi. Tego na pewno tutaj się nie spodziewaliśmy. Nazwy miejscowości podane były tylko w cyrylicy, której nie znamy. Dlatego też, co chwilę musieliśmy się pytać o drogę, upewniać czy dobrze jedziemy. Pierwsze większe miasto w Bośni - Bijelijna - pełne życia. Dziesiątki ludzi na ulicach, trąbiące samochody na drogach, jakaś mała impreza w środku miasta. My jednak nie zostajemy tutaj dłużej, gdyż naszym celem dziś jest dojechać do miejscowości Zvornik gdzie mamy umówiony nocleg. Teraz wyraźniejsze staje się to, iż to ostatnie kilometry po nizinie, gdyż na horyzoncie rysuje się zarys gór. Docieramy nad rzekę Drinę wzdłuż, której mamy zamiar jechać przez dłuższy czas. Trasa prowadzi w górę rzeki, a więc liczyliśmy się z tym, iż trasa może być trudna. Jednak okazało się, że trasa jest bardzo przyjemna i pozwala nam rozwinąć znaczną średnią prędkość. Odliczamy kilometry do Zvornika, w pewnym momencie zaczynamy się niepokoić, gdyż z naszych obliczeń wynika, że już dawno powinniśmy przekroczyć Drinę i jechać stroną serbską, tak jak mieliśmy to zaznaczone na mapie. Mija kolejne pół godziny, jest już dosyć późno a my wg. mapy jesteśmy ok. 30 km. od Zvornika. Na liczniku mamy już ponad 170 km. Zatrzymujemy się i pytamy miejscowego ile jeszcze kilometrów do Zvornika. Chłop odpowiada nam, że...5. Odrobinę zaskoczeni i z lekkim niedowierzaniem ruszamy dalej. Po chwili szczęśliwi przekraczamy tabliczkę Zvornik. Tam spotykamy się z Dusanem, który zaoferował nam pomoc w postaci noclegu. Wieczorem po rozpakowaniu i prysznicu ruszamy na miasto, gdzie akurat odbywa się coroczny festiwal. Tam mamy swój debiut w bośniackiej telewizji gdzie opowiadamy swoje wrażenia ze Zvornika.
Dzień 8
116 km, 6:47h
Zvornik - Bajina Basta - Kremna
Po przebudzeniu się i śniadaniu wybraliśmy się na wycieczkę z Dusanem. Naszym celem były ruiny dawnego zameczku. Dotarliśmy tam w wyjątkowy sposób jak na nas, gdyż dojechaliśmy taksówką. Po powrocie spakowaliśmy się i po przekroczeniu mostu na Drinie znaleźliśmy się w Serbii i kontynuowaliśmy naszą podróż doliną Driny. Trasa bardzo przyjemna, dosyć płasko do tego świetna nawierzchnia. Po 90 km trasy dojechaliśmy do miasta Bajina Basta. Tutaj pożegnaliśmy się z Driną. Tutaj również pożegnaliśmy się na dobre z nizinnymi trasami. Stąd, niemalże aż do Polski trasa prowadziła cały czas po terenach wyżynnych albo górskich. Pierwszym górskim testem był 12 kilometrowy podjazd, z którego roztaczały się fantastyczne widoki na dolinę rzeki Driny. W pobliżu szczytu przełęczy czuliśmy się jak w Dolomitach za sprawą pionowych, stromych formacji skalnych. Podczas podjeżdżania jadący z naprzeciwka samochód zatrzymuje się, a ciekawski kierowca zatrzymuje się i pociesza mnie, że jeszcze kawałek i będzie"płasko". Chwile z nim rozmawiam i ruszam dalej. W końcu docieramy na szczyt. Szczęśliwi szykujemy się do zjazdu: ubieramy kurtki, ja poprawiam przyczepkę. I zjeżdżamy ok. 500 metrów, a tu...znowu pod górę. Lekko zdenerwowani pedałujemy pod górę. Po kilku minutach pojawia się i ten właściwy zjazd. Jest jednak bardzo niebezpiecznie - droga mokra, dużo kamyczków i piasku. Wyprzedzający nas kierowcy na zjeździe machają nam, trąbią i pozdrawiają. Docieramy do miejscowości Kremna, tutaj planujemy się gdzieś rozbić. Wcześniej jednak udajemy się na zakupy, aby wydać resztę serbskich pieniędzy. Postanawiamy rozbić się nad rzeką płynącą w pobliżu miejscowości. Pytam się jednak w jednym z domków czy możemy rozbić namiot na pobliskim polu - udaje się. Rozbijamy namiot i przychodzi do nas gospodarz. Pyta się czy chcemy kawę i"sznaps". Odpowiedziałem z lekkim wahaniem"tak", choć właściwie nie miałem pojęcia co to jest ten �sznaps". Po chwili przychodzi z buteleczką wódki. Miałem nadzieje, że po jednym kieliszku się skończy, jednak gospodarz buteleczkę zostawił, przygotował stolik i przyniósł kawę. Rozpoczęła się długa rozmowa w języku polsko-serbskim, która zakończyła się dopiero, gdy skończył się sznaps. Poszliśmy spać. Na pewno na długo zapamiętamy ten wieczór, a w szczególności Wojtek.
Dzień 9
Kremna - Kremna
Budzimy się bardzo późno. Ciężko się nam wstaje po wczorajszym. Pakujemy się. Przychodzi do nas gospodarz. Zaprasza nas na kawę. Nie odmawiamy. Obok kawy oczywiście stawia"sznapsa" na którego nie mamy ochoty patrzeć. Na szczęście kończy się tylko na kawie. Startujemy na trasę, zaczyna lać. Postanawiamy się gdzieś zatrzymać. Wypadło na dopiero co budowany domek. Zatrzymujemy się tam i czekamy na poprawę pogody, co niestety nie następuje. Przychodzi do nas gospodarz i oferuje nam nocleg w komórce, gdzie jest cieplej. Przed 20 kładziemy się spać. Budzik nastawiamy na 6, raczej nie mając nadziei, że będzie dobra pogoda.
Dzień 10
146 km 8:17
Krmena - BOŚNIA I HERCEGOWINA - Visegrad - Gorazde - CZARNOGÓRA - Pljevlja
Budzimy się. Nie słychać, żeby deszcz padał. Wojtek pierwszy wstaje, włącza światło i krzyczy"pobudka". Mówi, że jest super pogoda. Ruszamy na trasę. Po 2 kilometrach napotykam na objazd. Jednak wychodzimy z założenia, że objazdy nie dotyczą rowerzystów, nawet jak jest zamknięty tunel tak jak w tym przypadku. Jedyne wejście do tunelu to coś na kształt drzwi. Zaglądamy do środka - kompletnie ciemno, jedynie na końcu widać słabe światło i huk maszyn. Zakładamy światełko i powolutku jedziemy ze sporą dawką emocji. Dojeżdżamy do ekipy remontującej tunel. Pracownicy patrzą się na nas nie mówiąc ani słowa, a my opuszczamy tunel. Jak się okazało dzięki temu manewrowi, oszczędziliśmy sobie zdobywanie przełęczy i kilka kilometrów. Teraz tylko zjazd. Ubieramy się w kurtki i jedziemy cały czas w dół rzeki. Po drodze mamy okazje podziwiać niesamowite widoki - głębokie kaniony, wysokie, postrzępione skały, skalne przepaście. Co chwilę droga przebija się przez skały krótkimi tunelami. Dojeżdżamy do miasta Visegrad, gdzie znajduje się bardzo malowniczy, stary most. Od Visegradu jedziemy ponownie wzdłuż rzeki Driny. Trasa prowadzi bardzo blisko rzeki, która przełamuje się w tym miejscu przez góry. Widoki są niesamowite. Dojeżdżamy do miasta Gorazde. W miejscowości tej bardzo wyraźnie widać jeszcze ślady wojny - pola minowe w pobliżu miasta, zniszczone od pocisków domy.
W mieście tym odbijamy od Driny i kierujemy się, boczną trasą w kierunku przejścia granicznego. Rozpoczyna się długi, monotonny podjazd na przełęcz położoną 1335 m.n.p.m. Po drodze mijamy stare, malownicze wioski i miasteczka. Po drodze szczególnie urokliwe są stare cmentarze oraz przydrożne, stare nagrobki. Po 2 godzinach podjazdu docieramy na przełęcz i wjeżdżamy do Czarnogóry. Po krótkim zjeździe robi się dosyć płasko. Zmienia się także krajobraz. Wzgórza porośnięte są tylko niskimi krzewami, nie ma w ogóle lasów. Po drodze mijamy tylko kilka domków, a o sklepie możemy zapomnieć. Jest dla nas szczególnie bolesne, bo jesteśmy głodni i nie mamy już chleba. Mijają kolejne kilometry po "bezludnych" terenach. Raz pod górę, raz z górki. Po 40 km od granicy docieramy do miasta Pljevlja. Pytamy się w sklepie czy jest chleb - niestety brak. Jednak sprzedawczyni kieruje nas do piekarni. Tam dostajemy ciepły, pyszny chleb ciesząc się jak dzieci, że za chwilę urządzimy sobie ucztę. Dojeżdżamy jeszcze pod mały market, żeby kupić coś "do chleba". Po posiłku wyjeżdżamy za miasto i rozbijamy namiot w ogrodzie za pozwoleniem gospodarzy od których dostajemy 2 jajka oraz wodę na kolację.
Dzień 11
71 km 5:04
Pljevlia - Zabljak
Budzimy się o 6:00. Na dworze pada deszcz, tak jak wczoraj Wojtek prorokował. Śpimy więc odrobinę dłużej i wstajemy o 7:00, już nie pada. Okazuje się, że w namiocie jest mokro, tropik przeciekał, a to był tylko słaby deszcz. Po śniadaniu ruszamy na trasę. Początkowo jest płasko, co umożliwia nam jazdę z prędkości ok. 25 km/h. Po kilku kilometrach rozpoczyna się długi, monotonny podjazd. Po pokonaniu podjazdu, droga prowadzi raz w górę, raz w dół. Jedzie się bardzo ciężko, gdyż bardzo mocno wieje a my jedziemy "pod wiatr". Nawet na zjazdach trudno się rozpędzić. Dojeżdżamy do kanionu rzeki Tary. Wysokości między szczytami a dnem kanionu sięgają 1000 metrów co robi ogromne wrażenie. Pokonujemy jeden podjazd za drugim. Dojeżdżamy do miejscowości Zabljak i kierujemy się do jednej z restauracji, którą nam polecał Dejan. Tam dostajemy informacje dotyczące naszej trasy przez góry Durmitor. Postanawiamy także, wybrać się nad 2 pobliskie jeziora. Zostawiamy bagaż na zapleczu restauracji i jedziemy. Nad pierwsze jezioro - jez. Crne dojeżdżamy bez większych problemów. Na drugie kierujemy się pieszym szlakiem turystycznym, na którym to panują warunki dla piechurów, a nie rowerzystów - błoto, strumyczki rozlewające się po ścieżce, powalone drzewa. Często musimy prowadzić rowery. Dosyć mocno zmęczeni docieramy nad jezioro Zminje. Stamtąd kierujemy się z powrotem do restauracji . Rozbijamy namiot na zapleczu restauracji.
Dzień 12
14 km 1:07
Budzimy się o 6:00. Niemalże tradycyjnie pada deszcz. Śpimy więc trochę dłużej. Po pobudce, śniadaniu pakujemy się. Wszystko idzie nam bardzo powoli, ponieważ pada co chwilę deszcz. W końcu jednak opatuleni w kurtki startujemy na trasę. Warunki są bardzo trudne deszcz i co najgorsze wiat wijący prosto w twarz. Na horyzoncie potężne, ciemne chmury. Zaczyna mocniej padać, zjeżdżamy więc z drogi i chronimy się w domku, w którym przez jakiś czas pewnie przebywały owce co bardzo wyraźnie czuć. Przestaje padać, jednak po niebie wciąż posuwają się ciemne chmury. Postanawiamy jechać dalej. Wsiadamy, z ledwością pedałujemy pokonując opory sztormowego wiatru. Po 200 metrach zaczyna znowu padać. Spoglądam na Wojtka, pokazuje żeby jechać, więc jadę. Na horyzoncie nie widać żadnych zabudowań gdzie możnaby się schronić. Pada coraz mocniej. Na szczęście po prawej stronie drogi spostrzegamy drewnianą chatkę. Postanawiamy się tam schronić. Stoimy chwilę na dworze, lecz wychodzi gospodarz i zaprasza nas do środka. Chatka to mieszkanie dla 4 osób: rodziców i 2 małych dzieciaków. Chatka ta to jedno skromnie urządzone pomieszczenie o wymiarach ok. 4x4 m. przedzielone zasłoną na 2 części. Właściciel chatki to pasterz owiec. Rozmawiamy chwile z rodziną, proponują nam herbatę, odmawiamy jednak gdyż żal było nam cokolwiek brać od nich. Żałowałem także wtedy, że nie mamy nic żeby zostawić na pamiątkę dzieciakom, jakiś drobiazg chociażby. Chcąc czy nie chcąc zostaliśmy jednak poczęstowani"jogurtem" (po polsku - śmietaną) prosto od owiec. Po ok. 30 minutach pożegnaliśmy się, podziękowaliśmy i znowu pojawiliśmy się na rowerach. Przestało padać, ciągle jednak strasznie wieje. Z głównej drogi skręciliśmy w boczną trasę prowadzącą na przełęcz położoną w sercu masywu górskiego Durmitor. Po kilku kilometrach podjazdu znowu się rozpadało. Do tego z nawierzchni trasy znikł asfalt i zaczęło wiać jeszcze mocniej. Nad szczytami gór piętrzyły się zaś czarne chmury. Zatrzymaliśmy się przy przydrożnej skale - ostatnim schronieniu przed wiatrem jaki widzieliśmy na horyzoncie. Tam zaczęliśmy się zastanawiać co robić - jechać czy nie?...
[adsense2]
Poleć znajomemu ten artykuł... Ostatnie uaktualnienie: 29-12-2007 22:20
Komentarze użytkowników (0)
|
|
|