| Napisany przez Administrator, z 26-12-2007 17:24 |
| Ocena edytora |
 |
|
| Średnia ocena użytkownika |
(0 głos) |
|
| Opinie |
206  |
|
|
|
Dziennik z wyprawy Adriatic Express cz.2
Podejmujemy decyzję, aby zawrócić i rozbić namiot. Wracamy się jakieś 2 kilometry i tam rozbijamy namiot.
Jest bardzo wcześnie, bo dopiero po 14, a my już zakończyliśmy dzisiejszy dzień. Nie mamy co robić. Przeglądamy więc dokładnie mapy, i wszystkie inne dokumenty jakie przy sobie mamy. Zastanawiamy się czy jutro będzie pogoda i czy uda nam się przebić przez góry i nie możemy się doczekać kiedy dotrzemy nad Adriatyk.
Dzień 13
149km 8:05
Durmitor - Kanion Pive - Niksic - Podgorica
[adsense1] Po przebudzeniu pierwsze co robimy to wyglądamy z namiotu sprawdzając jaka jest pogoda. Niebo błękitne, jednak nad masywem gór, piętrzą się groźne, czarne chmury. Chcemy jednak spróbować i jechać. Szybko pakujemy się, jemy śniadanie i ruszamy jak najszybciej wykorzystując moment w miarę stabilnej pogody. Jedziemy pod wiatr, ale już nie tak mocny jak wczorajszego dnia. Przed nami widać już nasz główny cel, czyli przełęcz Sedlo. Pedałujemy jednak bardzo wolno - przeszkadza nam nie tylko wiatr, ale również nachylenie oraz szutrowa nawierzchnia drogi. Na trasie spotykamy Polaków. Rozmawiamy z nimi chwilę opowiadamy o wyprawie i jedziemy dalej. W końcu udaje nam się zdobyć przełęcz z której roztaczają się bajeczne widoki na skaliste, budzące respekt góry. Przełęcz Sedlo jak się okazało nie była ostatnią przełęczą na trasie przez góry Durmitoru. Droga wiodła raz w dół, raz w górę. Po kilku godzinach udało nam się jednak ostatecznie przebić i opuścić góry Durmitoru. Kolejną atrakcją tego dnia był niesamowity kanion Pive. W głąb kanionu, do rzeki prowadziła nas kręty zjazd prowadzący co chwilę przez krótkie nieoświetlone tunele. Po zjeździe na sam dół rzeki, musieliśmy się wydostać z kanionu pokonując kolejny podjazd. Po kilku godzinach jazdy przez góry docieramy na przedmieścia stolicy Czarnogóry - Podgoricy. Za pozwoleniem mieszkańców rozbijamy nasz namiot na łące w pobliżu miejscowości. Przy rozbijaniu namiotu co chwilę pojawia się kilka osób i przygląda nam. Szczególnie jedna osoba mi zapadła w pamięć, która pytała m.in. po co nam nóż :-)
Dzień 14
131 km 7:13
Podgorica - Jezioro Szkoderskie - Petrovac - Budva - Kotor
Zapowiada się piękny, upalny dzień. Dzień, na który czekaliśmy od dawna. Dziś bowiem mamy zamiar dotrzeć nad Adriatyk i rozpocząć kilkuset-kilometrową podróż jego brzegiem. Sprzyja nam także wiatr, dzięki czemu pedałujemy z prędkością prawie 30 km/h. Po godzinie jazdy mijamy bagniste tereny jeziora Szkoderskiego leżącego na granicy Czarnogóry i Albanii. Przed nami pojawia się nasz ostatni przeciwnik w drodze nad morze - masyw górski ciągnący się równolegle do brzegu. Rozpoczynamy podjazd. Z każdą chwilą co raz wyraźniejsze staje się to, że docieramy w rejon Adriatyku. Informuje nas o tym zmieniająca się szata roślinna. Wzdłuż trasy pojawiają się figi i oliwki. Po żmudnym i wyczerpującym podjeździe docieramy na przełęcz z której pierwszy raz mamy okazje podziwiać morze.
Kilka minut później, jesteśmy już kilkaset metrów niżej w miejscowości Petrovac i z tego miejsca rozpoczynamy jazdę na północ, wzdłuż wybrzeży Adriatyku. Już pierwsze kilometry jazdy wzdłuż wybrzeża nie były łatwe - cały czas w górę i w dół, do tego żar lejący się z nieba, 30 stopniowe temperatury i ogromny ruch na jadrańskiej magistrali prowadzącej wzdłuż morza. Pierwszą kąpiel w morzu zażywamy w malowniczej miejscowości Sv. Stefan. Po dwu-godzinnym wypoczynku ruszamy w pełnym słońcu dalej na trasę. Kilkanaście kilometrów dalej w kole Wojtka pęka szprycha. Musimy się więc zatrzymać. Wojtek sprawnie usuwa usterkę, ja w tym czasie jadę zaopatrzyć nas w wodę. Po 30 minutach znowu jesteśmy na trasie. Dojeżdżamy do Zatoki Kotorskiej. Tam wsiadamy na prom, który zawozi nas na drugą stronę zatoki. Nocleg spędzamy na skarpie z oszałamiającym widokiem na zatokę.
Dzień 15
110 km 5:38
Kotor - Perast - CHORWACJA - Dubrovnik - Siano
Jeszcze przed śniadaniem okazuje się, że Wojtek ma przebitą dętkę. Dlatego też wyjeżdżamy trochę później gdyż najpierw musimy usunąć tą usterkę. Niestety już na trasie okazuje się, że z dętki nadal schodzi powietrze, więc musimy kolejny raz się zatrzymać i kleić dętkę. Tego dnia wjeżdżamy do Chorwacji. Od tego czasu musieliśmy zmienić odrobinę naszą dietę (dokładniej rzecz biorąc w związku z cenami w Chorwacji). Podstawą żywnościową od tej pory stał się dla nas chleb, ryż, marmolada. Daje się przeżyć. Tego dnia również docieramy do jednego z najpiękniejszych miast europy - Dubrovnika. Niestety jak każde miasto, które jest tak znane ma swoje minusy jak wszechobecna komercja, tłumy turystów... Jednak minusy te rekompensują urocze uliczki, zabytkowe kamienice i inne budowle Dubrovnika. Niestety po zabytkowej części miasta trudno poruszać się z rowerem (mamy już pewne wspomnienia z taką sytuacją z poprzedniej wyprawy - z Wenecji). Postanawiamy więc zostawić gdzieś rowery i ruszyć na podbój miasto bez nich. Pytamy się w kilku restauracjach czy jest możliwość zostawić rowery gdzieś na zapleczu, nie udaje się jednak. Zabieramy więc rowery ze sobą i zaczynamy je prowadzić zabytkowymi uliczkami Dubrovnika. W pewnym momencie wpadamy na pomysł żeby tak zwyczajnie zostawić rowery pod murem z całym bagażem. Jak myślimy, tak robimy. Prosimy przy tym osobę sprzedającą obrazy, aby w miarę możliwości spoglądała co się z nimi dzieje. Wolni ruszamy na miasto. Po spacerze wracamy, rowery stoją jak stały. Bagaż nie ruszony, wszystko w jak najlepszym porządku. Wyjeżdżamy z miasta i kilka kilometrów dalej spotykamy rowerzystę z Bośni, z którym jakoś trudno nam się dogadać. Jest jednak zachwycony naszą podróżą, robi nam zdjęcia, fotografuje także przyczepkę Extrawheela. Za miastem wskakujemy do morza i odpoczywamy przez 2 godziny. Wieczorem, będąc już sporo kilometrów za Dubrovnikiem postanawiamy rozbić namiot. Ciekawym miejscem wg. nas jest winnica. Pytamy więc starszego Pana czy możemy rozbić namiot. On wskazuje nam równie ciekawe miejsce po drugiej stronie drogi - gaj oliwny. Propozycję akceptujemy. Spotykamy później syna starszego Pana, który daje nam sporo jabłek, a także wodę, ze zdobyciem której wiąże się cały rytuał pobierania jej ze studni, przelewania do wiaderek, dalej do butelek... Miejsce w którym rozbijamy namiot okazuje się bardzo głośnie. Nie ze względu na to, że w pobliżu jest droga, lecz na to iż gaj jest pełen życia. Tysiące żyjątek wydaje różne odgłosy, co tworzy specyficzny hałas. To iż gaj ten jest pełen życia przekonuje się Wojtek, gdy przed jego stopami ucieka wąż...Dlatego tego dnia wyjątkowo pilnujemy aby namiot był szczelnie zamknięty. Nie chcemy mieć bowiem towarzystwa w czasie snu.
Dzień 16
148 km; 7:18
Siano - Ston - BOŚNIA I HERCEGOWINA - Neum - CHORWACJA - Ploce - Makarska
Czytaj dalej
Dzień 17
??
Makarska - Split - Omis - Trogir - Primosten
Udało się! Założyliśmy, że wstaniemy o 5:00. I tak się właśnie stało. Właśnie robi mi się śniadanie i korzystając z chwili wolnego czasu pisze relację. Wczorajszy dzień rozpoczęliśmy po 8. Skierowaliśmy się na wyspę Peljesac. Tam dotarliśmy do miasta Ston. W informacji turystycznej wypytaliśmy się o ceny promu na wyspę Korcula, niestety ceny nie na naszą nisko-budżetową kieszeń wyprawową. Wróciliśmy kilka kilometrów i ruszyliśmy dalej wzdłuż wybrzeża w kierunku Splitu. Trasa ciągle bardzo wymagająca. Wymagająca siły, wytrzymałości i cierpliwości, szczególnie na podjazdach. Ogromna ilość pojazdów, trzydziesto stopniowe temperatury. Około godziny 13 zaplanowaliśmy przerwę na wypoczynek na plaży. Jednak akurat wtedy oddaliliśmy się trochę dalej od brzegu i popływać mogliśmy dopiero dwie godziny później. Dwie godziny odpoczynku wykorzystaliśmy na kąpiel, posiłek, odpoczynek na ławeczce. Flaga naszego kraju zawieszona na przyczepce robiła dużą furorę, szczególnie na Polakach. Widać w ich oczach podziw, zdumienie, a może myśli że jesteśmy nienormalni...sam nie wiem. Po 17, nie chętnie wyruszamy na trasę. Ciągle jeszcze gorąco. Wojtek do tego znowu łamie szprychę. Postanawiamy jednak to naprawić gdy już rozbijemy namiot. Namiot zaś rozbiliśmy, a ściślej określając rozłożyliśmy na skale z widokiem na Adriatyk. Jak dotąd chyba najlepsza miejscówka jaką kiedykolwielk mieliśmy. Właśnie w tym momencie, z tego miejsca mam okazje podziwiać wschód słońca. Warto było tak wcześnie dzisiaj wstawać.
Po tak ciekawym poranku kolejnymi atrakcjami dnia było zwiedzanie miast - Splitu oraz Trogiru. W Splicie szczególnie ciekawie prezentują się rzymskie, starożytne pozostałości po różnego rodzaju budowlach, m.in. murach obronnych, czy bramach wjazdowych do miasta. Obejrzeliśmy tam także słynną świątynię Djoklecjana wpisaną na listę światowego dziedzictwa UNESCO. Miasteczko Trogir położone ok. 20 kilometrów od Splitu można najkrócej określić przymiotnikiem 'ładne'. Swój urok zawdzięcza świetnie zachowanym budowlom oraz uroczemu położeniu na małej wysepce. Po zwiedzeniu miasteczka ruszyliśmy dalej i 40 kilometrów od Trogiru rozbiliśmy namiot na kamienistej skarpie schodzącej do morza.
[adsense3]
Dzień 18
145 km 7:39
Sibenik - Biograd na Moru - Zadar - Zaton
Budzę się dziś pierwszy. Staram szybko spakować, zjeść, aby jak najszybciej pojawić się na trasie i przejechać jak najwięcej kilometrów przed południowym upałem. Wyjeżdżamy jednak dopiero o 7. Po godzinie docieramy do Sibenika. Dzięki temu, że jesteśmy tak wcześnie, miasto jest kompletnie puste i dzięki temu ma swój wyjątkowo urokliwy klimat. Chyba dlatego tak bardzo podobał mi się Sibenik - najciekawsze miasto jakie okazje miałem do tej pory zwiedzać. Wojtek co prawda wolałby nie jeździć po miastach, gdyż rzeczywiście jest to chwilami uciążliwe. Gdyby jechał sam zapewne traktowałby miasta jak miejsce tranzytowe, albo omijał je szerokim łukiem. Jednak ja często chcę je zwiedzać. Na szczęście nie dochodzi do żadnych konfliktów. Wojtek akceptuje taką sytuację, nie marudzi, nie narzeka i chwała mu za to! :-)
Tego dnia mijamy jeszcze jedno większe miasto - Zadar. Tutaj także odbijamy od Adriatyku bardziej w głąb lądu. Teraz naszym celem stają się Jeziora Plitwickie - jedna z wizytówek Chorwacji. Wokół drogi rozciągają się niemalże pustynne krajobrazy - wylesione, pełne skał tereny pokryte miejscami niskimi krzakami. Zastanawiamy się gdzie rozbijemy namiot - tereny są słabo zamieszkałe, a na takim skalistym podłożu namiotu raczej nie rozbijemy. Docieramy do jakiejś małej miejscowości. Tam jednak odbywa się wesele i wygląda na to, że wszyscy mieszkańcy wioski właśnie tam się bawią. Nie mamy więc kogo zapytać o możliwość rozbicia namiotu. Jedziemy więc dalej. Zaczyna robić się ciemno...dodatkowo od rozbijania na dziko namiotu odstraszają nas ustawione raz po lewej, raz po prawej strony drogi tabliczki ostrzegające przed minami z dużym napisem "MINES" i rysunkiem trupiej czaszki. Udaje się nam jednak dojechać do kolejnej miejscowości przed zmierzchem i za zgodą pewnej rodziny rozbijamy namiot w dużym ogrodzie. Zostajemy również poczęstowani gorącym mlekiem i dostajemy dostęp do wody ze studni, którą wykorzystujemy aby przygotować kolację, wyprać ubrania i umyć się.
Dzień 19
??
Zaton - Gracac - Plitvice
Wstaję pierwszy o 5:30. Spoglądam na mapę, zapowiada się trudny dzień. Wnioskujemy, że czeka nas dziś dużo podjazdów. Pierwsze minuty jazdy jednak weryfikują nasze wnioski. Jest jeszcze gorzej niż zakładaliśmy! Dzień zaczynamy bowiem od "małej rozgrzewki", o której marzy z pewnością każdy rowerzysta. Pierwsze półtora godziny spędzamy bowiem na 13-kilometrowym podjeździe. Docieramy na przełęcz położoną 700 m.n.p.m. Pierwszy jak zwykle na górze pojawia się Wojtek. Ja jakieś 5-10 minut później. Nasz wynik jest cudowny - godzina 9:30, a my za sobą mamy ledwie 20 kilometrów (zazwyczaj o tej porze mieliśmy przejechane dwa razy więcej). Po zdobyciu przełęczy i krótkim zjeździe jedzie się nam jakoś dziwnie, jakoś ciężko, tak jakbyśmy jechali pod górę, ale tak nie jest. Nasze morale spadają blisko zera. Lekko zdołowani, zmęczeni takimi warunkami jazdy zatrzymujemy się przy restauracji. Jemy chleb z dżemem, siedzimy bezczynnie. Nie możemy jednak tutaj nocować. Nie możemy tracić całego dnia w tym miejscu. Wsiadamy więc na rowery i pedałujemy dalej. O dziwo jedzie nam się fajnie, nawet bardzo fajnie. Zaczynamy powoli nadrabiać poranne straty. Około południa mamy 65 kilometrów za sobą. Podjazdy o których myśleliśmy z rana, okazują się niegroźne. Dojeżdżamy do Plitvic. Wokół nas robi się zielono. Zaczynamy przecinać tereny zalesione, które ostatni raz widzieliśmy w Czarnogórze. Pokonujemy jeszcze krótki podjazd i szybkim zjazdem docieramy do serca Parku Narodowego Jezior Plitwickich. Przy kasach dowiadujemy się, iż bilet na wstęp do parku kosztuje 100 kun (tj. ok. 60 zł). Zdecydowanie za dużo. Nie po to jednak jechaliśmy taki kawał drogi żeby nic nie obejrzeć. Czemu więc nie poszukać własnej drogi do największych atrakcji Parku Narodowego? Czy to jednak możliwe?
c.d.n
[adsense2]
Poleć znajomemu ten artykuł... Ostatnie uaktualnienie: 29-12-2007 22:23
Komentarze użytkowników (0)
|
|
|